piątek, 15 listopada 2013

Gdzie słońce grzeje, a księżyc jest piękny...

NaNoWriMo trwa, a że wcześniej też nie miałam zbyt wiele czasu, to w tym miesiącu tylko coś, o czym nie jestem sama pewna, czy może być miniaturką, czy tylko wstępem do dłuższej historii. 


Nie wiedziałam, dokąd jedzie ten pociąg, ani nawet gdzie chciałabym, by dotarł.
Noc była ciemna, niebo przesłonięte chmurami – zdawało mi się, czy czasem przenikały po nich złote światła, błyszczące niczym jedwabne nitki? Nie miałam pojęcia, jak trafiłam na pluszowe siedzenie eleganckiego przedziału, gdzie stoi zegar, który właśnie wybijał północ, skąd dociera do mnie ledwo uchwytny zapach siarki ani dlaczego obok siedział ten chłopak, z ożywieniem opowiadający, gdzie jedzie i dlaczego. Ukrywałam mój niepokój pod uprzejmym uśmiechem i spróbowałam nie zadrżeć, gdy tuż nad nami przeleciał helikopter, błyskając czerwonymi światłami – czy to z jego powodu gdzieś na zewnątrz rozległ się przeraźliwy wrzask?
Lampy zgasły nagle, wytrzeszczyłam oczy w ciemności i nagle zostałam oślepiona błękitnym blaskiem – naprawdę tryskał wprost z palców innych pasażerów? Dama siedząca naprzeciwko co chwila wyciągała rękę do leżącej na półce pod sufitem walizki i wprost do jej dłoni spływała a to chusteczka do nosa, to czasopismo, to puderniczka. Ktoś grzał się, chyba trzymając w dłoniach kulę ognia; widziałam pełgające płomienie i słyszałam ich skwierczenie, ale nie czułam ani nie dostrzegałam dymu. Nienaturalnie poważne dziecko bawiło się pluszowym jeleniem – ile on miał oczu? – powiększało go i pomniejszało na przemian, a zmęczona matka wtykała mu do ręki kanapki. Poczułam zawroty głowy.
Chłopak siedzący obok wcisnął mi do ręki chusteczkę pachnącą miętą.
– Zaraz wjedziemy w tunel – wyjaśnił, widząc mój pytający wzrok. Nad oknami i drzwiami przedziału rozbłysły litery tworzące to samo ostrzeżenie.
Zanim zdążyłam o cokolwiek zapytać, kontury rzeczy zaczęły się rozmywać, kolory zlewać, wszystko zasnuła mgła i tylko cienkie nitki światła wirowały, błyskając, za oknem... przycisnęłam do nosa chusteczkę, odetchnęłam ostrym zapachem i gdy łzy pociekły mi na policzki, wszystko wróciło do normy. Chłopak popatrzył na mnie ze współczuciem.
– Pierwszy raz, co? – zapytał. Pokiwałam niemrawo głową i wtedy rozległa się syrena.
Pasażerowie pospiesznie poderwali się z siedzeń, zaczęli zbierać bagaże i niemal wybiegać na stację. Matka porwała swoje dziecko w ramiona i popędziła do drzwi, zapominając o koszyku z prowiantem. Mój towarzysz, zupełnie nieporuszony, wybił szybę w oknie, zwinnie zeskoczył na peron i pomógł mi wyjść.
– W takie noce nigdy nie da się dotrzeć do celu – westchnął, patrząc w niebo ze zmartwieniem. – Teraz nie mamy gdzie iść, a źle byłoby zostać na otwartym polu.
– Tam widać światło – powiedziałam cicho, wskazując widoczną za torami uliczkę odchodzącą od stacji. Jeden z przechylonych niepokojąco domów zapraszał blaskiem bijącym ze wszystkich okien – czy nad dachem naprawdę wisiała czerwonawa łuna? Chłopak wzruszył ramionami, zarzucił na plecy wyszmelcowaną skórzaną farbę i ruszył we wskazanym kierunku. Ja drżałam w nocnym chłodzie – czy wagon leciutko się nagrzał?
Przystanęliśmy niepewnie przed wejściem – wreszcie ja zastukałam. Z drewna spojrzały na nas wyłupiaste, żółte oczy; krzyknęłam i odskoczyłam do tyłu, a mój towarzysz przytrzymał mnie, bym nie upadła.
Po chwili drzwi otwarły się i stanęła w nich starsza kobieta – tak przynajmniej osądziłam po szarym warkoczu opadającym jej na pierś, bo jej twarz była ukryta w cieniu.
– Za wcześnie – syknęła na mój widok – czy jej włosy poruszyły się jak węże? – Ty! Ty w drugim świecie, masz jeszcze poczekać! Nadejdzie czas i będziesz mogła tam powrócić, ale teraz czekaj!
Wyrzuciła przed siebie dłoń – wcale nie była stara i sękata – i niemal dotknęła mojej twarzy – czy na jej palcu tkwił mój pierścionek z krwawnikiem? Zamknęłam oczy.
Gdy je otworzyłam, nie było ciemności, rozgrzanego do czerwoności pociągu, wąskiej uliczki i drzwi łypiących na mnie niechętnie. Było moje własne łóżko, książka wbijająca się boleśnie w policzek i lampka rozsiewająca ciepły blask. Ale była też kartka zapisana chwiejnym pismem – ,,Jeszcze kiedyś się zamienimy'' – i złote nitki światła pełgające łagodnie na nocnym niebie, podczas gdy ja z bijącym sercem próbowałam zasnąć.

7 komentarzy:

  1. Szkoda, że tak krótkie ale i tak jest dobrze. Czekam na dalsze notki :).

    Pozdrawiam, MG93 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ^^ Następna notka standardowo - za miesiąc. Chyba, że przez nano się nie uwinę, ale w grudniu coś wrzucę na pewno, bo mam coś stworzone i wymaga "tylko" poprawek XD

      Usuń
  2. No, to było dobre. I język ładny. Ale spodziewałam się bardziej szalonego zakończenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Co do zakończenia, wydawało mi się właśnie, że po porąbanej większości przyda się spokojniejszy, zrozumiały koniec...

      Usuń
  3. Kurczę, kurczę, co za pomysł! Uwielbiam takie dziwne, niespotykane nigdy wcześniej idee, a na dodatek napisane w taki ambitny i fajny sposób. Chociaż opowiadanie jest krótkie, używasz świetnego słownictwa i wszystko tworzy taką magiczną całość <3
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz, bardzo się cieszę, że ci się podobało ^^;
      Pozrawiam również!

      Usuń
  4. Nominowałam cię do Liebster Awards! Szczegóły na swiat-dnia-i-nocy.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń